Do chorego Marka w Zakopanem 20130619 Stefan Kosiewski ZR FO199

kirche/gott-loben.jpg

Drogi Marku, z prawdziwą przykrością przyjąłem dzisiaj do wiadomości opisaną przez Ciebie historię choroby, zakończoną kojącym przeżyciem na Salwatorze, potem klęknąłem przed obrazem i poleciłem w modlitwie Twoją Osobę Matce Bożej a potem jeszcze otworzyłem kancjonał pieśni w miejscu, które palec wybrał bez użycia oczu,  w upale 35 stopni:    

„…Witaj, Serce Jezusowe, tyś miłości pełne – bądźże dla nas w utrapieniu zawsze miłosierne. Niechaj będzie…

Słodkie Serce Jezusowe, bądź dziś pozdrowione – coś na krzyżu dla nas było – włócznią przebodzone. Niechaj będzie…

Słodkie Serce Jezusowe, przed Tobą padamy – za tych, co tu bywać nie chcą Tobie cześć składamy. Niechaj będzie…

Pobłogosław Serce Boskie, Twym sługom ołtarza – Pobłogosław i ludowi, co Cię czci, poważa. Niechaj będzie…”.  

  Do chorego Marka w Zakopanem 20130619 Stefan Kosiewski ZR FO199

Po dokonanym zatem poleceniu Cię wstawiennictwu Matki Bożej (nic więcej ponad to uczynić dla Ciebie nie mogę) wrzuciłem do wyszukiwarki słowa nazywające po imieniu raka, który Cie zaatakował, by natrafić na zwierzenia drugiego takiego nieszczęśnika jak Ty, który zmaga się od 9 lat różnymi sposobami z nowotworem złośliwym tego samego typu i zobacz, że chory wyciąga wnioski podobne, chociażby pierwszy u nich:  

„…Ufaj tylko specjalistom i tylko u nich lecz się, tylko oni potrafią dobrze ocenić objawy i dobrać leczenie. Na tej chorobie naprawdę dobrze znają się tylko nieliczni lekarze. Są to zwykle wysokiej klasy onkolodzy i chemioterapeuci. Za wszelką cenę staraj się do nich dotrzeć. Tylko oni potrafią dobrze ocenić objawy i postawić dobrą diagnozę. Od początku odpuść sobie lekarzy ogólnych, rejonowych, itp.- szkoda czasu. W czasie swoich licznych niestety pobytów w szpitalu spotkałem wielu pacjentów, którzy byli źle zdiagnozowani i nawet niepotrzebnie operowani, łącznie z nieodwracalnymi operacjami mózgu…”.

Zaalarmowany w końcu ubiegłego roku przez polską lekarkę, która objęła przed laty praktykę w dzielnicy Frankfurtu Ginnheim po lekarzu dziś już nie żyjącym, imienniku moim przed trzydziestu laty  poznanym przeze mnie jeszcze przed drem Szermanem, jeden z Członków Założycieli Polnisches Kulturzentrum e.V., bliski mi już od pierwszych dni na emigracji politycznej Polak wylądował po badaniu krwi w dużym szpitalu we Frankfurcie i tam byłem świadkiem niepotrzebnych operacji na nim przeprowadzanych, gdyż rozpoznanie było niewłaściwe, a prawdziwy był ból i zatroskanie o chorego człowieka, które podzielał ze mną Niemiec, emerytowany lekarz, od którego  otrzymałem  niegdyś księgozbiór po jego ojcu, katoliku rozmiłowanym w poezji, przyrodzie, niemieckim jeszcze Sląsku.   

QR code for this recording:

 

Jestem przekonany, że to za sprawą codziennych telefonów do kliniki i rozmów z profesorem postanowiono przesłać pacjenta do innej kliniki, we Wiesbaden na badania kompleksowe. Tam właściwe rozpoznanie i decyzja operowania trzustki. Po niezwłocznym wycięciu części organu zaatakowanej przez raka, przeprowadzana jest obecnie od miesięcy chemioterapia, bez wypadania włosów, bez większych, niemiłych skutków.  

Mój stosunek do tego przypadku choroby był od początku taki sam, jak przed kilku laty do Polki w Niemczech, której powiedziałem spotkany w osiedlowym sklepie, że będę się za nią modlił, bo nic innego nie potrafię dla niej zrobić, kiedy powiedziała mi, że rak znowu się w stopie odezwał.   A wtedy ona spojrzała mi w oczy bardzo poważnie, z ufnością wypowiadając powoli słowo: dziękuję. Po kilku latach spotkałem ją ponownie i zapytałem o zdrowie, a kiedy radośnie odparła, że dobrze, to przypomniałem wtedy naszą pierwszą rozmowę i powiedziałem, że modliłem się za nią wtedy, jak dzisiaj modliłem się na intencję uzdrowienia Twojego, jak w końcu ubiegłego roku wspomogłem realnie modlitwą  wspomnanego bliźniego.  

Nie wchodząc w omawianie artykułu, z którego przytoczyłem radę dot. lekarzy, ograniczę się do stwierdzenia, że poznany przeze mnie w Polsce przed kilkunasty laty,  w okolicznościach letniskowych,  psychiatra zauroczony poezją na szle malowaną w okolicy Lipnicy, odradzałby pewnie czytanie rozdziału, w którym leczący się pacjent zadaje sobie pytanie: dlaczego akurat ja jestem chory?  Gdyż  bilans życia dokonywany w takiej sytuacji zawsze będzie negatywny – powiedziałby pewnie Franciszek, po spotkaniu z którym napisałem wiersz i z pewnością przyjmie Cię ten człowiek nie dla pieniędzy pod Babią Górą, lecz dla rozmowy wyjaśniającej (jeżeli taka potrzebna?) oczyszczającej strapioną głowę.

  „Boga chwalić i ludzi kochać” – zatytułował w tym roku swój list pasterski na czas Wielkiego Postu mój Biskup Limburga ks. dr Franz-Peter Tebartz-van Elst, który jest mądrym i dobrym biskupem, a takich pasterzy nie lubią ludzie bżydko zawistni, szanujący tylko Mamona, by dogadzać sobie egoistycznie w życiu także przez tzw. Schadenfreude, tj. zadowolenie wyciągane z cudzego nieszczęścia, lub z krzywdy zadawanej bliźnim. Tak zła dusza z tygodnika „Der Spiegel” zabawiła się w tzw. dziennikarstwo śledcze, które w Polsce sprowokowało ostatnio Wojtka Fibaka do wypowiedzi, która z kolei posłużyła potem do nikczemnego pomówienia w prasie, natomiast w Niemczech do oskarżenia biskupa o rzekome składanie dwóch sprzecznych ze sobą oświadczeń na temat sposobu zapłacenia za bilet do samolotu.  

W normalnych warunkach rzecz do odrzucenia z miejsca przez prokuraturę jako prowokacja, rzeczywistość zaisnscenizowana, wymyślona diabelsko przez nikczemnika, żeby mieć o czym pisać. Jednakże w warunkach obżydliwej wojny z Kościołem Rzymskokatolickim, którą prowadzi w dzisiejszych czasach już nie masoneria wychodząca z lektur i z przemyśleń, lecz wesołek purimowy o nazwisku sztucznie utworzonym: Powiatowy, czy Dzielnicowy, którego to w Polsce z telewizji znasz, zaś biskup Rzymu, Franciszek papież zamiast brać w obronę Kościół Chrystusowy, księży i niszczonych biskupów przez wrogów Kościoła, sam przesiaduje w hotelu; Tango argentyńskie, pastisz Mrożka, ucieka przed Watykanem, jak diabeł przed święconą wodą.  

W tej sytuacji, Dobrzy Ludzie musimy stawać ze szczególną mocą po stronie Pasterza, żeby ta banda widziała, że Człowiek nie jest sam, nie jest opuszczony, bo wtedy gotowe zadziobać jak w prozie  Stefana Zeromskiego, okrutna i bezlitosna to czerń. Za to tylko, że biskup liturgię postrzega jako świętą służbę, za wzrok człowieka uniesiony w rytualnym spojrzeniu ku górze, w godności człowieka urzeczywistnionej w naszym marnym życiu.  

Marku, kliknij na fejsbuku za moim biskupem, który w liście swoim przytacza św. Mateusza „Wo zwei oder drei in meinem Namen versammelt sind, da bin ich mitten unter ihnen” (18,20), gdzie dwóch, albo trzech zbierze się w moim imieniu, tam jestem z nimi. A ja powiadam: Gdzie chory szuka zbawienia, tam jest Salwator i Jezus Chrystus przemawia do łotra szukającego nadziei: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze mną będziesz w raju” Ł 23, 43.  

Nie czyń sobie wyrzutów i nie szukaj czakranów; trzymaj się mocno zdrowia, jak trzymałeś się dotąd. Nie zmieniaj nic a tylko stosuj się do zaleceń lekarzy i jedz czerwoną paprykę długo przeżuwając, bo jest w tym taki sens, że muszą uwolnić się enzymy, które napływają do ust ze śliną.  

Z Panem Bogiem

Z Frankfurtu nad Menem mówił Twój Stefan, cześć.    

https://shoudio.com/user/sowa/status/7393

Geschrieben von sowa(») gestern um 18:51 in der Kategorie Zniweczona rzeczywistosc, gelesen: 18x

PDF: Do chorego Marka w Zakopanem 20130619 Stefan Kosiewski ZR FO199.pdf by SOWA magazyn europejski

Wojna bogów, Szpital Uniwersytecki w Krakowie i „czakram” na krakowskim wzgórzu Salwator.

To była „ostra dekada” dni walki o me zmysły z hołubionym przez me gruczoły chłonne przez dziesiątki lat „nowym gospodarzem” mego jestestwa. (Komórki raka, to są nasze własne komórki, które z jakichś powodów uniknęły organizowanych przez „komunę” organizmu „szkoleń” w wyspecjalizowane tkanki, W wypadku gdy wewnętrzna policja „komuny komórek” tworzących nasz organizm osłabnie, to te komórki, zachowujące w sobie, z czasów ich życia embrionalnego „plan boży” „mnóżcie się i panujcie nad światem” będąc niedokształconymi w swych „społecznych” funkcjach robią ?mutacje przystosowawczą” i „indywidualistycznie” zaczynają realizować zawarty w nich „plan boży”, zwartą „komunę” komórek organizmu traktując jak „ziemie Obiecaną” którą mają posiąść, aby się na bniej mnożyć. Tyle tłumaczenia genezy raka przez socjobiologa molekularnego. W piątek 7 czerwca ok. 1 w nocy skończyłem rozsyłkę 3 części mej Wojny bogów, a między 5-6 rano jej wpisanie na stronę http://www.markglogg.eu. Potem godzina jeszcze drzemki w domu w Zakopanem, a potem bieg do autobusu o 9 rano, by zdążyć na zaprogramowaną wizytę, przed godziną 12 w poradni laryngologicznej Szpitala Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W Poradni już nic nie radzono, tylko mnie położono, kroplówka i na wózek inwalidzki, karetka i do uniwersyteckiej kliniki nowotworów oka, by „wydusić” od nich rozpoznanie pobranego ode mnie 9 maja br. wycinka spod powieki oka prawego, z guzkiem mniej widocznym pod powieką prawą, (Oficjalnie mam odebrać to badanie wycinka dopiero 20 czerwca.) „Wyduszone” z onkologii oka rozpoznanie zabrzmiało Lymphoma malignans, chłoniak złośliwy.

I tutaj, w klinikach mego „rodzinnego” uniwersytetu (zarówno mój dziadek jak i ojciec robili na nim doktoraty, dziadek z Prawa, jeszcze za Franciszka Józefa w XIX wieku, ojciec z chemii za czasów też Józefa, ale już Stalina) rzeczy potoczyły się już bardzo wartko. Pierwsze pięć dni na klinice laryngologicznej, pod kroplówką i intensywnymi antybiotykami, W tym okresie ropień pod lewym okiem urósł do rozmiarów śliwki, na której wykwitła wiśnia a na niej jeszcze porzeczka. We środę przewieziono mnie do odległej o 200 m kliniki hematologicznej, gdzie doc. Wojciech Jurczak przebił mi igła ropień ciśnienie w nim spadlo, przestalo zawracać się w głowie. Słuch w tym okresie, w 70 procentach utracony po silnym katarze w styczniu br. w zalanych ropą uszach spadł do zaledwie 10 proc. normalnej słyszalności (nie słyszałem już dźwięków o głośności niższej niż 90 decybeli).

Na hematologii, przy ciagłych kroplówkach i antybiotykach, zrobiono mi „chemię kolorową” z przeciwciałami, badanie PET (komercyjna cena 1000 euro), w sobotę aż trzech lekarzy usiłowało się dostać do mego rdzenia mozgowo-kregowego, by zobaczyć czy chloniak się w mym mózgu już nie „zagospodarował” i by wstrzyknąć weń lekarstwo. Co się udało po 10 godzinach ich starań i przy 13 „macaniu” kręgosłupa igłą. W niedzielę zaczęłem się czuć lepiej, słuch na leżąco zaczynał mi wracać, „śliwka” pod lewym okiem zaczęła się resorbować.

W poniedziałek 17 czerwca, w me 71 urodziny wypisano mnie ze szpitala, po południu podszedłem na wzgórze Salwator w Krakowie, by rozruszać obrzękłe stopy – i na Salwatorze (okolica starej jeszcze przedchrześcijańskiej światyni Gontyna, i cmentarza mych rodziców) nastapil prawdziwy „cud zbawienia” podobny do tego u apostołów, którzy w wieczerniku nagle zaczęli rozumieć języki: gdy podchodziłem pod to święte wzgórze (nad nim jest wzgórze z kopcem Kościuszki, tutaj też ponoć Hindusi wykryli jakiś czakram w miejscu wykopaliska prehistorycznej osady) ledwie słyszałem co towarzyszacy mi kolega do mnie mówi, gdy za 1,5 godziny powróciłem do znajomych siedzących przed pizzerią na ul. Krolewskiej (do lokali z duża ilością osób oraz do środków masowej komunikacji, hipermarketów itp. nie wolno mi wchodzić) to już doskonale z daleka słyszałem co oni mówia (a w Lasku Wolskim dziś rano, po raz pierwszy w tym roku uslyszalem śpiew ptaków).

A teraz Polska dzisiaj w szerszym, medycznym oglądzie. Na to, że zaczyna mi łzawić oko lewe zwróciłem uwagę już 2,5 roku temu, Gdy zaczęło łzawić także oko prawe 1,5 roku temu byłem u okulistki w Zakopanem, przy badaniu okazało się, że zaczyna mi się robić jaskra w lewym oku, mój doskonały wzrok spadł w nim do –2,5 co mi nie przeszkadza a nawet mi ułatwia życie, bo przy nadwzroczności w oku prawym w wieku lat 71 nawet do czytania nie używam okularów. Ogólnie, po okresie wszystkich możliwych chorób zakaźnych w okresie dziecięcym, do 7 czerwca br. przez 60 lat nie byłem hospitalizowany, za wyjątkiem oczywiście krótkich momentów po licznych wypadkach narciarsko-rowerowo-alpinistycznych. Po raz wtóry pojawiłem się u mej okulistki w Zakopanem 1,5 roku temu i wtedy wykryła ona guzek pod powieką oka lewego i mniejszy prawego. Na wskazaną wizytę u specjalistki od nowotworów oka w Nowym Targu czekałem „w kolejce” aż trzy miesiące, w lutym mnie przyjęła, wysłała pilnie na klinikę nowotworu oka do Krakowa z wizytą za 1,5 miesiąca, Udalo się ją zrobić wcześniej, kazano zrobić rezonans magnetyczny czaszki – co zrobiono pod koniec marca w Nowym Targu. Wykryte nim zalanie płynem nie tylko niedrożnych śluzówek oka, ale i kanałów usznych tłumaczyło silny mój niedosłuch od początku bieżącego rokur. Kolejna w kwietniu wizyta na onkologii oka UJ w Krakowie (kilka godzin czekania w tłumie) i termin pobrania wycinka grudki pod powieką dopiero 10 maja, przyspieszony na 9 maja. Odbiór wyników 20 czerwca br. i dalej jak na początku raportu.

W mym osobistym przypadku nie było żadnej protekcji ani badan przeze mnie płatnych. Dopiero przy wypisywaniu z hematologii o mym nazwisku dowiedział się szef tej kliniki uniwersyteckiej mój kolega profesor Aleksander Skotnicki, z którym się nie widziałem lat 20, a którego dobrze znany mi brat Stan Russocki jest Real Estate Realtor w Toronto w Kanadzie. I jedna uwaga praktyczna. Przed dwoma tygodniami w Gdańsku, za poradą znajomego byliśmy prywatnie u znajomego tamtejszego laryngologa, bo to zgrubienie rosnące pod okiem, niedrożność kanałów ocznych i łzowych nie wyglądały dobrze. On nacisnąwszy guzek w kąciku oka lewego, zauważył że z niego wycieka ropa i ze to nie nowotwór tylko wrzód ropny, a torbiele w powiekach to zapewne nowotwory łagodne. Za wizytę dałem 100 zł, a ucieszony ze to tylko wrzód pod okiem wycisnęłem z niego ropę do nosa i oka. Przez kilka dni wyglądało to lepiej, ale po tygodniu się zaczęło tak jak opisałem powyżej.

Wniosek: zarówno ma wizyta prywatna ja i me „rozpoznanie walką” stanu ropniaka się przydały, bo diagnozę, że mam w oku chłoniaka złośliwego znaleziono o dwa tygodnie wcześniej niż było to zaplanowane. Vivat zatem ma „rodzinna” Akademia Medyczna w Krakowie, viwat „czakram” w okolicy wzgórza Salwator i szczątków mych rodziców. No i ledwie co mi mój słuch i wzrok się odrodził, to z adresu „ciemnogrod” Nowego Jorku nadleciał do mnie taki oto gołąbek pokoju”: „Cień tajnych służb” Doroty Kani W stołecznej księgarni Traffic odbyła się promocja, wydanej przez wydawnictwo m, książki „Cień tajnych służb” autorstwa Doroty Kani. Spotkanie z autorką prowadził Rafał Ziemkiewicz. Niezwykle szokująca i boleśnie prawdziwa okazał się opinia Kani i Ziemkiewicza co do tego, że postkomunizm w Polsce został narzucony Polakom przez USA. Dziennikarze przybliżyli słuchaczom spotkanie jakie miało miejsce w 1990 roku kiedy Amerykanie zawarli układ z komunistycznymi służbami specjalnymi. Polskojęzyczni bezpieczniacy zobowiązali się do przejścia pod kontrole Amerykanów. USA zakazała nowym władzom Polski usunięcia ze służb komunistycznych funkcjonariuszy – którzy co doskonale wykazał raport z likwidacji WSI stworzyli patologiczny ustrój III RP. Podobne rozwiązanie Amerykanie chcieli narzucić Czechom. Prezydent Hawel odmówił Amerykanom i w ramach opcji zerowej zlikwidował komunistyczne służby specjalne, co straszliwie wkurzyło Amerykanów. Fundamentem PRL bis, postkomuny, była więc wola USA. Sprawę tą opisał Sławomir Cenckiewicz w swojej książce „Długie ramie Moskwy”.http://prawica.net/34705

Moja opinia: Mnie o tym mówił osobiście, jeszcze w 1992 roku, redaktor Marek Barański z „Nie”, przyznający się że był w „służbach” PRL i nawet w 1982 roku z ramienia tych służb prowadził rozmowy z internowanym w Arłamowie Lechem Wałęsą,. Barański mi mówił także o tym, że w Reykiawiku Raeagan z Gorbaczowem ustalili, że w Polsce będzie stacjonować US Army, Ta „sprzedaż Polski” z całym jej dobytkiem, chociażby w postaci wyspecjalizowanych w zwalczaniu opozycji, oraz narzucaniu ideologii, służb specjalnych, tłumaczy całą historię 34 lecia III RP. To właśnie z tego powodu zniknęły w Polsce jakiekolwiek partie reprezentujące idee socjalistycznej sprawiedliwości społecznej (Partia Pracy na Śląsku, Samoobrona wśród chłopów) oraz ich przywódcy, kandydaci na prezydenta RP. Albo mieli śmiertelne wypadki jak Daniel Podrzycki w 2005 roku. Albo popełnili samobójstwo, jak Andrzej Lepper w 2011. Majacy poglądy socjaldemokratyczne politycy też poginęli, tak jak ten Olof Palme oraz Dag Hammerskojred ze Szwecji wcześniej, Jeszcze w 1988 na Wisłostradzie został zamordowany mój starszy kolega , doradca Solidarności Jan Strzelecki, w 2000 roku :cudem” utopił się w morzu na Krecie Andrzej Urbańczyk, którego znałem jeszcze sprzed mego wyjazdu z Polski w 1968 roku, gdyz byliśmy w tym okresie działaczami ZSP (ja w sekcji taternictwa dla młodzieży studenckiej) w Krakowie.

I czyż nie jest pięknie w Polsce dzisiaj, widzianej (i słyszanej) mymi odrodzonymi przedwczoraj oczami i uszami! Zwlaszcza, gdy zapamiętałem, wyjeżdżając z USA w 1972 roku, po trzyletnim tam pobycie, żena dalszy ciąg życia sobie zaplanowałem, że będę robił wszystko, aby Polsce nie doszlo do czegoś tak obrzydliwego (Stefan Kosiewski by napisał „OBŻYDLIWOŚCI”) na kształt Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i wkrótce Świata Całego „pod bogiem o imieniu Mamon-Labor” Zjednoczonego.

Kraków 19 czerwiec 2013., To już 14 lat po zakończeniu bombardowań przez USA nie istniejącej juś socjalistycznej Jugosławii.

PS. Niedawno czytałem, w szwajcarskim, niezależnym od CIA tygodniku Zeit Fragen, przedruk artykułu geopolityka Z Moskwy, profesora Forusowa. Przypomniał on opinie białego rosyjskiego generał Wandama (pseudonim z Wojny Burskiej w Południowej Afryce, kiedy to po raz pierwszy w Świecie Anglicy zastosowali Obozy Koncentracyjne wobec białych Afrykanów). Otóż ten generał Wandam (pierwsze nazwisko rosyjskie) twierdził, że RZECZĄ GORSZĄ OD WROGOŚCI Z ANGLOSASAMI JEST TYLKO Z NIMI PRZYJAŹŃ. Którą to opinie, carskiego generała, który dokończył swego życia na Łotwie po Rewolucji Październikowej, polecam wszystkim zajmującym się w Polsce polityką. Berg Heil! (Góry zwyciężą płaskość cywilizacji autostrad, banków i hipermarketów) Marek

Marek Głogoczowski – ponad pół wieku wspomnień instruktora narciarstwa wysokogórskiego

Written by sowa (») 16. 12. 2012 in category Expedition, read: 257×

szczyt-wolowca.jpg
  Tak, narciarstwo wysokogórskie to była – i nadal jest – jedna z największych pasji mojego „pozanaukowego” życia. Realizację tej pasji ułatwił mi fakt, że przez kilkanaście lat, w okresie gdy byłem fizycznie najbardziej sprawny, mieszkałem w Genewie w Szwajcarii, gdzie miałem możność przejść na nartach prawie całe Alpy w latach 1970-1980. Czyli w okresie, gdy w Polsce Ludowej narciarstwo wysokogórskie było jeszcze w powijakach. Ale zacznijmy od początku. read on

http://de.groups.yahoo.com/group/sowamagazyn/message/1198

http://sowa.quicksnake.at/Zniweczona-rzeczywistosc/Do-chorego-Marka-w-Zakopanem-20130619-Stefan-Kosiewski-ZR-FO199

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s